


Jeszcze wczoraj piliśmy łiskacza z colą, jedliśmy tort, który przygotowałam na urodziny mego męża - wahając się między tym przepisem, a tym. Ponieważ jestem kobietą i moja wyobraźnia skierowała się w stronę bardziej smakową niż wizualną;), powstał tort prostokątny, ale za to przepyszny! (przy okazji nauczyłam się robić masło orzechowe). Co jeszcze? Aha, wylizywaliśmy miski, łyżki i noże, z tego to powodu uwielbiam piec torty. Z dziećmi można poczuć się dzieckiem, a w domu pachnie bezą, orzeszkami i ...kapuśniakiem;).
No właśnie o tym chciałam napisać; tort obok kapuśniaka, życie obok śmierci, szczęście i lęk; tak jak w poezji słowo "dupa" obok słowa "kwiatek". Kogo to razi, co zamiatać pod dywan, łudzić się, że jest się lepszym od tego co pali papierochy i gacie pierze w niedzielę.
Wczoraj z mężem radośnie bitowaliśmy z Matisyahu;), dziś szczęśliwie obudziliśmy się w swoich ramionach.
Smutno się zrobiło czytając wiadomości o śmierci...cóż, dlatego warto nie bać się być szczęśliwym. Trzeba się nawet spieszyć by być szczęśliwym. Nie bać się pisać, nie bać się robić zdjęć - coś robić by mieć ułudę zatrzymanego czasu, poczucia ważności istnienia. Obojętnie w jakim świecie.
A czemu tak? Może przez film "Róża"...Dorociński miszcz - doskonale pamiętam go z "Rewersu", "Barbórki", sztuk teatralnych. Każdy z nas ma wybór: można jak Dorociński albo jak Pazura...
Skoro było już o wszystkim, to jeszcze o stroju;) Podświadomość pobudzona tym postem, podpowiedziała na co mam skierować swe oczęta w lumpku: kurtka a la military, sweter męski w paski, normalne dżinsy.
Torcik dla męża...


jogurt dla zwierząt...










